Pożegnanie z Dorotką

15 stycznia 2017

Działo się to na początku września 2004 roku. Choć wszystkim okres ten kojarzy się z powakacyjnym powrotem do łagru jakim dla niektórych potrafi być szkoła, dla mnie wakacje jeszcze trwały. Znajdowałem się bowiem w sanatorium w Szczawnie-Zdroju pod Wałbrzychem, a turnus miał zakończyć się dopiero za dwa dni, czyli piątego września, a wiec już po rozpoczęciu roku szkolnego przez moja klasę. Już niedługo miałem zobaczyć się ze starymi znajomymi, ale wcale nie byłem szczęśliwy.

Wiedziałem, że będę żałować tych wszystkich których tutaj poznałem i że mało prawdopodobne jest abym kiedykolwiek z kimś spotkał się ponownie. Mój nastrój i tak był niczym w porównaniu z reakcjami moich kumpli na odjazdy kolejnych dziewczyn do domu. Zwłaszcza kiedy wyjechała Patrycja bardzo nasilił się Syndrom Skakania z Balkonu. Ja byłem nieco bardziej zrównoważony niż te niedorozwinięte łebki, wiec na razie mnie to ominęło tym bardziej, że osoba, na której najbardziej mi zależało na szczęście jeszcze nie pojechała. Zastanawiałem się tylko jak długo utrzyma się mój stan jako-takiego dobrego samopoczucia. Były to moje ostatnie godziny z Dorotką, która miała wyjechać już jutro. Żałowałem, ze nie zdążyłem jej powiedzieć tego wszystkiego co chciałem, rozpaczliwie marzyłem, ze wróci choć dzień później, wtedy kiedy ja, przynajmniej kilka godzin dłużej żebyśmy byli ze sobą. Jednocześnie zastanawiałem się jak jej wspaniały dzióbek zrobiłby mi loda.

Przyznam, że już dawno miałem na Nią ochotę, szukałem tylko odpowiedniej okazji na deflorację, ponieważ byłem pewien, że tak drobna i delikatna istotka jak Dorocia, była jeszcze dziewicą. Wspaniale było sobie z Nią rozmawiać i żartować, jednocześnie podziwiając Jej cudowne piersi, okrągłe jak jabłuszka i z pewnością przepyszne.
Coraz bardziej traciłem na to wszystko nadzieję. Turnus się kończył a ja wciąż nie wiedziałem jak to sprawnie z Nią przeprowadzić, gdyż jestem strasznie nieśmiały, a ona, mimo iż wyraźnie widziałem ma ochotę na wspólna zabawę, nie miała wystarczająco dużo odwagi aby to zaproponować.

Zbliżał się wieczór. Było już po dwudziestej, ale późnoletnie słońce za oknami dopiero znikało za horyzontem. Bardzo chciałem aby to wszystko było tylko snem. Zmierzch niósł w sobie jakąś magiczną atmosferę. Czułem, że za chwilę coś się wydarzy. Byłem niemalże pewien, że niedługo mury Zakładu Umysłowo Chorych (ZUCHa) znikną a ja obudzę się, po wspaniałym przeżyciu z głową leżącą na miękkich piersiach Dorotki.

Uznałem, że dalszy mój pobyt w pokoju nie ma sensu i wyszedłem na zewnątrz szukać szczęścia.
Korytarz w wyludnionym sanatorium był pusty. Zauważyłem tylko Palucha, jak zwykle stojącego w kacie za jakieś przewinienie warte jego dwunastoletniego pożałowania godnego mózgu. Nie lubiłem Palucha, noszącego te ksywkę z powodu niskiego wzrostu i imienia Tomek, ale w tej chwili gotów byłem go ozłocić za to co mi powiedział.

– Co tak stoisz Owen, Martyna wyjeżdża, idź się z nią pożegnać! – zawołał

Gdybym ja był na jego miejscu, na pewno pierdoliłbym karę i poszedł do Martynki, która była wspaniała dziewczyną i gdyby nie Dorotka, na pewno zajmowałaby więcej miejsca w moim umyśle. No, cóż, w końcu Paluch był tylko gnojkiem.
Zbiegłem w dół po schodach. Piętro niżej działy się sceny jak z taniego filmu wojennego przed odjazdem mężów na front. Zgromadziło się tam chyba ze dwadzieścia osób, prawie wszyscy poza Paluchem pensjonariusze, którzy jeszcze nie wrócili do domów. Wszystkie dziewczyny płakały. Przytuliłem się do Martyny, wyrażając żal, że z nikim mi się tak dobrze nie tańczyło jak z nią i już więcej nie będę miał na to okazji. Odpowiedziała, żebym się nie martwił tylko poszukał teraz kogoś innego.
I wtedy zobaczyłem Dorotkę.

Cała we łzach rzuciła mi się w ramionach. Bez jednego słowa zacząłem głaskać jej prześliczne, ciemnozłociste włosy (miała wtedy balejaż). Nie czuła się dobrze. Nie było to zwykłe pocieszanie po stracie koleżanki. Tak naprawdę był to początek naszego pożegnania, ponieważ oboje wiedzieliśmy, że niedługo i na nas przyjdzie pora. Najgorsze było to, że wiedzieliśmy kiedy to nastąpi i mogliśmy już odliczać do naszego rozstania. Było to dla nas gorsze niż śmierć, bo człowiek przynajmniej nie ma pojęcia, kiedy odejdzie z tego świata a my już to wiedzieliśmy.

Wciąż stojąc na parterze, zacząłem całować jej włosy. Nie protestowała, uznając widocznie, że ten krótki czas jaki nam pozostał należy wykorzystać jak najpełniej, jak najintensywniej się sobą nacieszyć. Czyżby wyjazd Martynki był tym impulsem, o którym tak marzyłem?
Wziąłem ją za rękę i poszedłem w boczny korytarz, kończący się schodami przeciwpożarowymi. Skrzypiały strasznie, ale nie był to kres naszej wędrówki ku krainie rozkoszy. Weszliśmy na samą górę, gdzie znajdowały się izolatki i pokoje prywatne, ale teraz nie mieszkał tam nikt.
– Zapewniam, że zostanie pani potraktowana iście po królewsku!
Dorota uśmiechnęła się tylko – Z tobą pójdę na koniec świata. Przeżyjmy wspaniały wieczór!
– Hehe… masz jak w banku.

Weszliśmy do jednego z pokoi. Wziąłem Ją na ręce i zaniosłem do łóżka. Wyjąłem chusteczkę i starłem Jej łzy z twarzy. Skóra Dorki błyszczała. Ucieszyłem, się, widząc, że jest tak samo podniecona jak ja. Mój fjudż zaczął wykonywać w spodniach dziki radosny taniec, domagając się uwolnienia z okowów przyzwoitości ubrania. Po chwili już rozpinałem bluzeczkę Dorotki. Wzięła moją dłoń i wsunęła ja po stanik. Poczułem dotyk cudownej aksamitnej i wrażliwej skóry Jej piersi i przeszedł mnie dreszcz.

– Proszę, bądź delikatny – szepnęła – Nigdy tego nie robiłam.

Wiedziałem, że spoczywa na mnie duża odpowiedzialność. Od tego jak się spiszę, zależały Jej wspomnienia pierwszego razu, który był bardzo ważną częścią dziewczyńskiej psychiki, być może od tego zależało nawet całe Jej przyszłe życie seksualne. Jeszcze nigdy tak bardzo nie chciałem się postarać. Zrezygnowałem nawet z zamiaru przeorania Jej odbytu co było moja ulubiona zabawa w łóżku, na rzecz bycia ciepłym i delikatnym. Był to niemalże poetycki seks.

Rozpiąłem Jej staniczek, a moim oczom ukazały się Jej zapierające dech w piersiach piersi;) Dorotka mocowała się z moim paskiem od spodni a ja wprost chłonąłem rozszerzonymi nozdrzami orzeźwiający zapach Jej perfum i jabłuszek, które, choć jeszcze zielone już sprawiały, że ślinka mi ciekła.
Zacząłem się z Nią namiętnie całować, dając się całkowicie uwieść tej chwili, gdy mój Skarb jest przy mnie, cały dla mnie i z ogromnym zaufaniem patrzy mi w oczy wzrokiem zranionej sarny. Nasze języki przywarły do siebie w uścisku miłości. Tak, właśnie – miłości, zrozumiałem bowiem, że ten seks to nasze gorące miłosne wyznanie, ostatnia rozpaczliwa próba powiedzenia tego, czego przez tyle dni nie udało się nam sobie powiedzieć.

– Chcę być z tobą zawsze – powiedziała ze świszczącym oddechem.
– Mmm, ja też – odrzekłem zajęty lizaniem Jej szyi. Potem delikatnie wziąłem w usta lewą pierś, słodka niczym nektar jabłkowy. Miała tak przyjemnie twarde sutki, które swoim krwistoczerwonym kolorem zachęcały do dalszych pieszczot. Dorotka w końcu zdjęła moje spodnie, wzięła głęboki oddech i odsunęła moje majtki. Dżordż oczywiście od razu wykorzystał okazję wznosząc się w górę jak Pałac Kultury i Nauki. Na ten obiekt westchnień wielu dotychczasowych dziewczyn Dorotka zareagowała inaczej niż się spodziewałem. Zmartwiła się a w Jej twarzy wyczytałem lęk.
– Taki duży? Ja nie wiem, czy…
– Nie martw się, jeszcze nie poznałaś wszystkich możliwości swego ciała. Może cię to zdziwi, ale zaręczam, że Twoja Komnata Tajemnic już nie może się doczekać na przyjęcie gościa. Sprawdźmy to, dobrze?
Rozpiąłem guziki Jej dżinsów i rzuciłem spodnie na podłogę, przez chwilę biorąc do ust Jej paluszki u nóg. Teraz masowałem Jej uda powoli przesuwając się wyżej. Bawiłem się gumką Jej ładnych choć tanich stringów a potem je również rzuciłem na podłogę. Dorotka rozstawiła nogi i szybko oddychała z podniecenia. Wsunąłem dwa palce do wnętrza i zacząłem delikatnie masować wewnętrzne wargi sromowe. Już po chwili Jej kreseczka stała się szeroka i okrągła oraz szybko wilgotniała.
– No i co? Próbujemy? – spytała jakby czekając na werdykt.
– Wszystko w porządku. Zdaj się na moje dośw… – urwałem, nie chcąc za bardzo się wygadać. Na szczęście Dorotka była zbyt przejęta, aby zauważyć, że powiedziałem coś dziwnego, a poza tym naprawdę uważałem, że jest wyjątkowa wśród tych wszystkich lasek które spotkałem w życiu.
Pragnąłem aby czuła się dobrze. Wsunąłem Gumowego Pana do Jej pizdeczki, wyczuwając na ile mogę sobie pozwolić. Rzeczywiście było tam nieco ciasno, postanowiłem ją rozruszać. Posuwałem Dorotkę powoli, a później coraz szybciej. Dorocia złapała mocno moje plecy i tak trwaliśmy w tym magicznym uścisku namiętności. W miarę jak rozpędzałem penisa, Jej paznokcie coraz głębiej wpijały się w moją skórę. Było to bardzo podniecające. Marzyłem jak pięknie by było gdybym miał po Niej blizny do końca życia. Nagle Dorotka krzyknęła cicho. Wyjąłem wiec Dżordża z głębin aby zobaczyć co też tam się stało. Był lekko zakrwawiony. Obejrzałem dokładnie Jej cipkę…
Spojrzałem na zegar ścienny.
– Gratuluję, trzeciego września dwa tysiące czwartego roku o godzinie dwudziestej drugiej dwadzieścia dwa przestałaś być dziewicą. To było jak zastrzyk albo ukąszenie komara. Już po wszystkim.
Dorotka rozpłakała się. Słowo daję, przy tej dziewczynie rodził się u mnie instynkt macierzyński.
– Mogło to wyglądać gorzej? – spytała.
– Oj wierz mi, że mogło.
– I co teraz? Chyba na tym nie poprzestaniemy.
– No co ty.

Wkrótce przekonałem się do czego naprawdę stworzony był Jej dzióbek. Robiła loda znakomicie. Najpierw wylizała dokładnie mojego fjudża, nie zapominając oczywiście o dżądrach, po czym wzięła go w usta, ja złapałem Ją za głowę i rytmicznie zacząłem nią poruszać, a Gumowy pan to pojawiał się to znikał w Jej szczęśliwych usteczkach. Wreszcie czując, że dłużej nie wytrzymam napięcia, wszystko się we mnie gotowało, wystrzeliłem białym mleczkiem prosto w Jej otwarte usta. Zakrztusiła się, ale już po chwili stwierdziła, ze Jej to smakuje…
Tak wreszcie dopełnił się nasz los. Wierzę w przeznaczenie i uważam, że niektóre rzeczy po prostu nie dzieją się przypadkiem. Wszystko zależy od tego jak los zostanie wykorzystany przez ludzi. My wykorzystaliśmy swoją szansę doskonale. Kiedy następnego dnia czule żegnałem się z Dorotą tym razem już we własnym pokoju, nie wiedziałem jeszcze, ze dostanę od losu następną szansę, choć dopiero za 388 dni i bałem się, że już nigdy nie ujrzę Tej dzięki której przeżyłem wiele niezwykłych chwil, nie tylko łóżku, a moje życie bez Niej było niczym. Po raz ostatni spojrzeliśmy sobie w oczy. Chciałem coś jeszcze powiedzieć, jak bardzo będzie mi Jej brakowało, co ja bez Niej zrobię, ale wzruszenie ścisnęło mi gardło i wydałem z siebie tylko jakieś nieartykułowane dźwięki.
Nigdy do końca nie zniknęła. Zawsze miałem w sercu Jej roześmianą twarz i pomysły dzięki którym moje dni w sanatorium rozświetlały promienie Jej dobroci i miłości do mnie. Poszedłem do Jej pokoju, w którym od kilku dni nikt już nie spał i położyłem się w Jej łóżku…

Pamięć o Dorotce jest żywa w moim sercu nawet dziś, gdy piszę te słowa. A piszę je, aby uświadomić wam potęgę miłości i nadziei. Mimo, że Dorota mieszka w Łodzi (dwieście ileś kilometrów niż moja mała mieścina pod Wrocławiem) udało mi się w końcu doprowadzić do naszego ponownego spotkania. I wierzcie mi, patrzyła na mnie z takim samym zachwytem jak niegdyś.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *