Jak zrywała z niewinnością

11 stycznia 2017

– Czemu jesteś tak ubrana?
– Jak?
– Tak ładnie. – zauważył, że jest nawet delikatnie umalowana.
– No co Ty! Normalnie. – skłamała. (Chyba jej uwierzył!)
Roześmiała się cicho. Trochę dlatego, że uwielbiała tę naiwność, a trochę po to, by ukryć oznaki zdenerwowania.
– Poczekaj chwilę, zaraz wracam! – powiedziała Luiza i wybiegła z pokoju.

Irek był w nim po raz pierwszy. Podziwiał czystość i porządek. Oglądał kasety i płyty kompaktowe – jeden rządek, drugi rządek, trzeci! Rzucił okiem na ścianę nad łóżkiem na której wisieli: Robbie Williams, Eminem, Paddy Kelly.
Na specjalnej półce poukładała różne muszle. Niektóre z nich zbierali razem, w czasie minionych wakacji.
Nie mógł nie zauważyć kartek od znajomych, przyjaciół (z kraju, z zagranicy, z gór, z nad morza).
– Już! Jestem! – wreszcie Luiza wróciła.
Kartka od Karoliny, która przez chwilę była w rękach Irka upadła na podłogę. Luiza była w welonie ślubnym!
– Nie zgrywaj się! – zdawało się jej, że on wie, po co go tu zaprosiła (albo przynajmniej się domyśla)…
„Chyba ona nie chce mi się oświadczyć…” – pomyślał Irek, ale uznał, że to byłoby głupie, więc milczał.
A ona się śmiała. Chciała mu coś pokazać, ale nie to, że jest zdenerwowana.
– Za tydzień mam urodziny… – gdy tłumaczyła się była całkiem poważna – Nie chcę, żeby dziewczyny śmiały się, że ciągle jestem, no wiesz…
Spuściła głowę. Znów się uśmiechnęła. Tym razem lekko.

„To żenujące, gdy one mówią o swoich doświadczeniach, a ja muszę słuchać, tylko słuchać, bo nie mam nic do powiedzenia na ten temat” – tak myślała. Dlaczego tego nie powiedziała? A dlaczego by miała. To, że go kochała nie dawało mu prawa do poznawania motywów jej postępowania.
Rozbierała się. Kazała mu siedzieć naprzeciwko łóżka, pod oknem. Światło świec byłoby banalne. Żółta żarówka (kupiona specjalnie na tę okazję) w nocnej lampce, przy zasłoniętych żaluzjach, nie pozostawiała wątpliwości, że tu codzienności powiedziano: „Dziękuję! Ta chwila jest zbyt wyjątkowa…”
Czarna koronkowa bielizna przebijała się przez topniejącą warstwę ubrania w tempie w jakim Enya płynęła z głośników.
W wakacje kąpali się przecież razem, w morzu, nago (księżyc w pełni szczerze im życzył, by powodzenie w miłości było ich udziałem), więc Luiza nie była w stanie ukazać mu niczego nowego. Mimo to, oglądając jej przedstawienie, był cierpliwy, gdyż zdawał sobie sprawę, że w chwili takiej jak ta wszystko to ma dla niej znaczenie.
Ściągnęła biustonosz. Klęczała na łóżku. (Przywykł już do tatuażu na jej piersiach.) Ujęła w dłonie obie półkule. Kciukami dotknęła sutek. Skutek był taki, że stwardniały jeszcze bardziej. Kolistymi ruchami rozmasowała je.
A potem usiadła, pośladkami dotykając pięt. Ścisnęła piersi ku sobie tworząc rowek którym stróżka jego pożądania spłynęła w dół, gdzie czekał jeszcze tylko jeden pasek z koronki, wilgotny już.
– No chodź… – szepnęła.11
Luiza nie śmiała się już. Luiza rzadko kiedy bywa tak poważna. Irek widział w jej oczach, że w jej wnętrzu płonie magiczna lampa. Luiza nie może się teraz śmiać, bo gdyby się zaśmiała ów czysty płomień pożądania mógłby się zachwiać. Wtedy nie mógłby jej dotykać – mógłby ją tylko macać…
A pragnęła dotykania, jak ktoś, kto słania się na nogach po długiej wędrówce przez pustkowia pragnie wody, albo jak niemowlę, które wyłania się na świat z ciemności licząc na to, że pierwszą strawą za sprawą matki będą kęsy czułości.
Ale bywa i tak, że człowiek osiąga stan w którym ubrania parzą jak futro w lato, gdy więc on do niej podszedł ona w miłosnej gorączce czuła obowiązek rozebrania go do naga
W świecie prawdy, gdy jesteś taka, jaką Bóg Cię stwarza, gdy maleńka fraza „Ty i ja” mieści w sobie całą gamę doznań, gdy słowa „kocham”, „rozkosz”, „miłość” są jak światła, nie ma miejsca na ubrania, na fałsz, na kłamstwa.
A jednak on zauważył, że magia w niej kołysze się jak cień w świetle pochodni – zbyt gwałtownie chciała pozbyć się tej przeszkody. Chwycił ją za dłonie i pozwolił jej opaść bezszelestnie na łóżko, doskonale stabilne (jak wola dwojga ludzi, którzy zaufali sile instynktu).
Za kurtyną spodni był pomnik, który natura dawno już wzniosła na jej cześć, wpierw więc Irek pozwolił, by Luiza utkwiła w nim oczy.
Patrzyła zahipnotyzowana, póki nie stanął przed nią zupełnie nagi. Potem myślała, że w starożytnym Egipcie kobry uchodziły za stworzenia święte.
Święcie wierzyła w to, że jest teraz drzewem wiadomości „dobrego i złego”, które oplata wąż – miły w dotyku, wilgotny na czubku; jego główka pod wpływem pulsu i woli mogła się rozszerzać. Dwa klejnoty, którym Irek kazał się ocierać o nią były rzeczywiście jak najlepsi przyjaciele kobiety.
W tej chwili nie potrzebowała już wiele. Wystarczyło wyciągnąć rękę. Ale nie odważyła się jeszcze.
Powiedzcie: jeśli temperatura była pokojowa, to dlaczego powietrze z Luizy płuc było gorące, jakby Bóg niczym kowal kuł miecz którym rozdarta zostanie zasłona: dzieciństwo będzie wspomnieniem, zaś słodyczą życia – kobiecość i jej tak osobiste doświadczenie?
Irek czuł, że nadciąga stado brunatnych burz. Kurz świeżego potu unosił się tuż przy ciele Luizy; gdy krawędzie Irka ust rysowały esy floresy po kryształowych półkulach prawie-kobiety (w której widział swoją przyszłość) słyszał tętent. W oddali niejedno kopyto groźnie uderzało o podłoże, które pieczołowicie stwarzali mama i tato, lecz kto oprze się instynktom?
Stratowani zostaną wszyscy, którzy się bali, że Luiza nie zawsze pozostanie dziewczynką.
– Tak, tak… – zupełnie odpływała, czuła się jak człowiek ze słuchawkami na uszach przechadzający się we własnym świecie po ruchliwej ulicy, wyłączony z całego zgiełku i zamieszania. – Dotykaj mnie jeszcze…
Jak piana na fali, co niszczy i jednocześnie odnawia była ślina na języku, którym lizał szczyty na jej ciele. Czy widział coś na świecie poza nimi? Nie wiem. Ale sutki pozostawały jeszcze nietknięte.
„Mamo? Tato? Gdzie jesteście?! Lada moment wypływam w morze. Swój okręt mam w głowie. Żagle to ciało, kochanka i moje. Wiatr to będzie miłość, dlatego nie ma szans, by Wasze dziecko powróciło z tej podróży niezmienione. Żegnajcie!
P.S. Czy nie lepiej było uprzedzić mnie, jaki mam obrać kurs? Morze jest tak wielkie. Teraz musze szukać na własną rękę. Może znajdę raj, a może nie…”
– Boże! – jęknęła Luiza. Gdyby Irek nie wsłuchiwał się w jej reakcje, pomyślałby, że to z bólu. Ale nie. Chwycił bowiem jej sutkę w zęby, delikatnie, a to już przecież przerabiali kiedyś (to taka miła pieszczota).
Potem powtórzył to na szczycie drugiej piersi. I wykrzesał tę iskrę…
Dzieci! Spać! Gasimy Światło!
(Pamiętajcie! Uważała, że obok niej leży ktoś, komu jest w stanie poświęcić całe swoje życie oraz że nigdy nie będzie potrzebowała oddać się innemu mężczyźnie.)
„Na zawsze Twoja” – chciała wtedy wytatuować to sobie. Gdziekolwiek. Przysunęła wilgotnymi dłońmi jego głowę do swych ust i szepnęła:
– Poczekaj…
Ściągnęła majtki. Rzuciła je na podłogę. Westchnęła.
Irek zrozumiał ten przekaz. Teraz miał ją gotową na wszystko. Teraz tak…
Los chciał, że majtki Luizy spadły tam, gdzie leżała upuszczona wcześniej przez Irka pocztówka i zakryły tekst pisany ręką Karoliny:
„Pozdrowienia znad morza dla super kumpeli! Jest słonecznie, poznaję super gości. Kocham świat, kocham życie, kocham seks.
P.S. Kiedy Ty wreszcie zaczniesz?”

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *